Beskidzka 160 na Raty

Pomysł na udział w Beskidzkiej 160 na Raty zrodził się we wrześniu 2014 roku, kiedy gościłem u mojego kolegi z wojska Darka w Ustroniu. Przechodząc i przejeżdżając rowerami po szlakach widziałem znaczniki zawodów. Piękna okolica, aż zachęcała do powrotu i spróbowania swych sił w tej imprezie. Myśl ta nie opuszczała mnie do stycznia, kiedy wysłałem mejlem zapytanie o termin wiosennej edycji. Wysłałem swoje zgłoszenie i od razu dokonałem opłaty, żeby mi się coś nie odwidziało 😉

Od początku roku żyłem zapisami na Bieg Rzeźnika, w którym udział zależał od szczęśliwego losu (uśmiechnął się do mnie) i biegiem w Beskidzie Śląskim (B160nR), do którego zacząłem przygotowania. Od razu powiem, że nie jakieś specjalnie intensywne, ale oprócz zwykłych wybiegań w spokojnym tempie starałem się wzmacniać korpus, czyli podciągnięcia na drążku, pompki, brzuszki, ćwiczenia stabilizacyjne wszystko w ilości, jak sądzę, zbyt małej. Dodatkowo korzystając z uprzejmości kolegi mieszkającego w wieżowcu (dzięki Maciek za dorobienie klucza do klatki) miałem raz w tygodniu trening wbiegania po schodach. Treningi, żeby nie było jednostajnie, przeplatałem biegiem z narastającą prędkością, interwałami i podbiegami. Forma rosła. Widać to było po moich wynikach uzyskiwanych na zawodach od 5-ciu kilometrów do półmaratonów. Na wszystkich dystansach uzyskiwałem rekordy życiowe, co bardzo cieszyło, ale jak mi pójdzie w górach? Na trasie ponad dwukrotnie dłuższej? Na te pytania odpowiedzi nie znałem, a każdy dzień zbliżający mnie do startu wywoływał, znane chyba wszystkim, mrowienie w żołądku.

W piątek 24.04.2015r. po pracy, z Krzyśkiem (Biegiem po Piwo) i Rafałem (z mojej grupy AGB Active Runners), wyruszyliśmy do Goleszowa, gdzie po czterogodzinnej podróży odebraliśmy pakiety startowe. Udaliśmy się do tutejszej szkoły, gdzie mieliśmy spędzić noc. Przed zaśnięciem wszyscy przypinali numery startowe, chipy do sznurówek i zjadali ostatnie węglowodany, które miały jeszcze dodać mocy i uzupełniali płyny. W moim przypadku było to piwo, które zawsze pozwala mi na spokojne zaśnięcie.
Sobota godzina 4.40 pobudka. Trzeba zjeść coś przed startem, który wyznaczono na g. 7.00.

Koszulka beskidzkiej 160 na raty

Koszulka beskidzkiej 160 na raty

Kilka kanapek z Nutellą popitych wodą wystarczyło by poczuć się nasyconym. Jeszcze tylko napełnienie bukłaka, ponowne sprawdzenie obowiązkowego wyposażenia i udaliśmy się na miejsce startu, czyli Górę Chełm.

Darek i Rafał

Na odprawie przed startem dowiedzieliśmy się, że organizator nie wywiązał się ze swoich wcześniejszych zapowiedzi i na trasie nie uświadczymy błota, śniegu po kolana i innych tego typu atrakcji. Miała być to zatem lekka przebieżka po górach w miłym, roześmianym towarzystwie. Fajnie! Jak na debiut po prostu bajka. Jednak organizatorzy nie zdradzili wszystkiego. Uśpili naszą czujność. Przyszykowali jednak jakąś niespodziankę, bo nie powiedzieli, że cała trasa będzie skąpana w słońcu. Podczas biegu w lesie miałem wrażenie, że on wcale nie daje cienia. Czy to jest możliwe? Tak, podczas B160nR.

Darek na asfalcie

Darek na asfalcie

Pierwsze 30km w zasadzie bez jakiejś specjalnej historii, no może oprócz sytuacji, kiedy zbiegając czerwonym szlakiem z Czantorii w chwili nieuwagi rozsunęły się kamienie pod butem i zrobiłem ładne przetoczenie przez biodro. W zasadzie nic się nie stało, bolało tylko przez chwilę, a bardziej bałem się uszkodzenia camelbacka. Gdybym stracił swój zapas wody byłoby nieciekawie… A tymczasem piękne widoki, podbiegi, zbiegi…

Byłem zachwycony tym, jak dobrze mi idzie, czy raczej biegnie. Po drodze robiłem zdjęcia i filmiki, żeby mieć co wspominać na starość.

Na 33km przy dolnej stacji wyciągu na Wielką Czantorię, był zlokalizowany punkt kontrolny i żywnościowy. Po uzupełnieniu płynów, wchłonięciu połówki pomarańczy, kilku wafli i garści rodzynek ruszyłem pod górę. Nie było już tak przyjemnie…

Miałem za sobą już prawie 4,5h biegu no i czas, dystans, różnice terenu odcisnęły już piętno na moich mięśniach czworogłowych i pośladkowych, ale przede wszystkim na moim myśleniu. To na tym podejściu, przy słońcu operującym prosto w twarz, chociaż to trochę umowne, bo ciągle byłem przygięty do ziemi, zaczynałem mieć wątpliwości co do mego startu. Zacząłem myśleć, że nie uda mi się dotrzeć do mety. Rzucałem pod nosem niezbyt ładne wyrazy na moją zuchwałość, na za szybkie tempo od początku, na zbyt łatwe przygotowania, na wszystko co mi wtedy przychodziło do głowy. Uratował mnie telefon od „przyjaciela”( Dziękuję Ci). Kilka chwil przerwy we wspinaczce i kilka słów otuchy dodały mi sił na tyle, że odsunąłem złe myśli i dotarłem na górę. Do szczytu trzeba było jeszcze dobiec, ale cóż to jest, kiedy ma się za sobą najtrudniejszy odcinek.

Pojawił się mały problem z odnalezieniem trasy na Małej Czantorii. Jednak telefon do organizatora wyjaśnił wszystkie wątpliwości no i z kilkoma innymi biegaczami ruszyliśmy w dół żółtym szlakiem. Udało mi się uzyskać nieco przewagi, bo mimo bólu ”czwóreczek” potrafiłem na zbiegach utrzymać dosyć mocne tempo, choć nie było już takie, jak na pierwszych 30-tu kilometrach. Na odcinku asfaltowym, doścignął mnie kolega, który zmobilizował mnie do nie zaprzestawania biegu, gdy droga zaczynała piąć się ku górze. Nie wytrzymał jednak swojego tempa, a ja nie byłem na tyle towarzyski, żeby maszerować razem z nim i zostawiłem go za sobą. Po Czantorii nie było już takich podejść, natomiast te, które napotykałem pokonywałem już z większym optymizmem. Kiedy dotarłem na miejsce, które wszyscy zwali kamieniołomem zdobyłem się na filmowanie piękna tego miejsca, nie zdając sobie sprawy, jak może nawet niezbyt długie, ale wysysające z moich nóg ostatnie siły, wejścia na skalne schody mnie czekają. Na szczycie stał fotograf, który po serii pogrzebowych zdjęć (chyba musiałem wyglądać, jak zombie), zakomunikował, że do mety jeszcze tylko 5km. Ha!!! Przecież to dla mnie pestka! Normalnie „myknąłbym” tę piątkę w 19 minut. Ale tu nie było normalnie… Gdy zostało 2km do mety, już na podbiegu pod Górę Chełm, włączyłem międzyczas na stoperze, żeby przekonać się, jaki to ja jestem szybki na finiszu i… po trzech minutach przeszedłem do marszu. Byłem nieco przegrzany i wypluwałem sobie wodę z camelbacka na dłoń, żeby nią chłodzić głowę. Dopiero około 2oom przed metą okrzyki kibiców pomogły mi rozkręcić nogi do biegu i podobno, gdy ją przekraczałem nie wyglądałem na zmęczonego, ale moje odczucia były zupełnie inne. Byłem niesamowicie zrąbany, chociaż jednocześnie bardzo szczęśliwy.

Spełniłem swoje marzenie startu w górskim biegu. Pokonanie 54,8km trasy wyznaczonej w przepięknym Beskidzie Śląskim zajęło mi 7:48:35. Już po kilku godzinach odpoczynku, po zjedzeniu czegoś gęściejszego niż żel popity wodą i po kilku piwach zaczęła po głowie krążyć myśl o jesiennej edycji. Może jeszcze nie na „setkę”, chyba na nią za wcześnie, ale pokonanie trasy jesiennej, która przebiega nieco innymi szlakami, tymi od strony Szczyrku, chodzi mi już po głowie. Czekam więc na ogłoszenie terminu jesiennej edycji i mam nadzieję, że uda się ją wpleść w moje plany…

Medal B160nR

Medal B160nR

 

Koszulka finishera