Od serca

Czy bieganie w grupie jest dla Ciebie?

Absolutnie nie!”, wykrzyknęłabym jeszcze dwa lata temu. Byłam wtedy
biegaczką z prawie trzyletnim stażem i jedyne bieganie w grupie, które
akceptowałam, to było z mężem i z psem. Tłumaczenia zawsze były te same:
przecież jestem zbyt wolna, więc nikt nie będzie na mnie czekał, a zresztą lubię
biegać sama, bo wtedy mogę poukładać myśli w głowie. Znacie to?

      Wpadłam na imprezę…
Nieco ponad rok temu zostałam członkiem AGB Torfy. I paradoksalnie moje
argumenty są cały czas prawdziwe. Nie stałam się demonem szybkości, a biegać
samotnie nadal lubię. Co takiego, więc sprawiło, że biegam w zielonej koszulce?
Oczywiście przypadek. Mimo tego, że nie biegałam w grupie, znałam parę osób z
tego grona, ale głównie dzięki okolicznościom towarzyskim. Traf chciał, że zostałam
zaproszona na wydarzenie biegowo – towarzyskie, które organizowała Tatiana, dla
uczczenia okrągłych urodzin Darka. Impreza niezapomniana, gdyż zaplanowana i
przygotowana w pełnej konspiracji, a jubilat był szczerze zaskoczony. Goście
dopisali i sporą grupą przebiegliśmy 5 kilometrów po ścieżce biegowej, na lokalnym
MOSiRze, a później wszyscy zebraliśmy się na odśpiewanie „Sto lat” i
spałaszowanie tortu. Nie znałam większości osób, więc trzymałam się raczej z boku,
ale poczułam tak dobrą energię płynącą od tych osób, że w mojej głowie zaczęła
wykluwać się myśl, że chcę być częścią tej bandy.
Pamiętam, że podobnego uczucia doznałam cztery lata wcześniej, gdy
odprowadzałam męża na start łódzkiego maratonu. Stojąc za barierkami przy
strefach startu i obserwując tych wszystkich ludzi, którzy za moment zaczną mierzyć
się z dystansem i własnymi słabościami poczułam, że ja też tak chcę. Chcę przeżyć
te emocje na starcie, ból na trasie i euforię na mecie. Coś tam już wtedy biegałam,
ale maraton nadal był dla mnie dystansem nieosiągalnym. Ale dzięki zrodzonemu w
tamtej chwili uczuciu, mojemu bieganiu nadałam znaczenie.
Ta myśl, która narodziła się podczas urodzin Darka, nie spowodowała jakiejś wielkiej
zmiany w moim postrzeganiu biegania. Nadal lubiłam stawiać sobie cele, realizować
plany treningowe, być w reżimie tychże planów. Ale nadała mu inny wymiar i
otworzyła możliwości, których wcześniej nie dostrzegałam, bądź zwyczajnie
ignorowałam.

       Zostałam na dłużej…
Cały czas biegałam swoje w tygodniu, ale zaczęłam też regularnie przychodzić na
wtorkowe treningi na MOSiRze. To, co odróżniało te spotkania od mojego
samotnego biegania, to to, że po powrocie do domu byłam dodatkowo naładowana
pozytywną energią. Nie był to zwykły endorfinowy haj, który masz po dobrze
wykonanym treningu, ale coś ekstra, zupełnie nowe doznania wcześniej dla mnie nie
znane.
Wraz z upływem czasu moje biegowe spotkania z grupą stały się coraz częstsze.
Dzięki nim zdecydowałam się na udział w imprezie organizowanej przez Torfy czyli
w Biegu Ultra do Gorących Źródeł (50 km Aleksandrów Łódzki – Uniejów), która
stała się dla mnie jednym z ważniejszych wydarzeń i przeżyć ubiegłego roku.
Podczas tego biegu poznałam na własnej skórze co znaczy doświadczyć motywacji

od grupy i jak wielka jest to siła. Gdy wydaje ci się, że nie dasz już rady, to dzięki
osobom, które masz obok, które sypną jakimś żartem, powiedzą: „To jeszcze do
tamtego drzewa, a potem trochę się przejdziemy”, albo po prostu poklepią cię po
plecach, jakimś cudem odnajdujesz w sobie tę energię, która nie pozwala ci
zrezygnować. I myślę, że to właśnie od tamtego biegu poczułam się prawdziwym
członkiem grupy. Co nie znaczy, że aby być w tym gronie, musisz przebiec 50
kilometrów. Wspólne przeżycia, a nie fakt podpisania deklaracji członkowskiej,
utwierdziły moje wewnętrzne przekonanie, że to jest moja grupa. Kolejne biegi, w
których brałam udział w 2019, tylko potwierdzały tę przynależność i to bez względu
na dystans. A wisienką na torcie był udział w Sztafetowym Maratonie Szakala, na
którym AGB Torfy wystawiły aż trzy drużyny. Byłam dumna, że startuję w zielonej
koszulce. Czułam, że również ode mnie zależy wynik ekipy. To poczucie
odpowiedzialności uwolniło we mnie takie pokłady energii, dzięki którym uzyskałam
wynik jak dotąd dla mnie nieosiągalny. Zrozumiałam wtedy, ile można osiągnąć
razem.

 


       Jest ciekawiej…
Oprócz tego, że dzięki bieganiu w grupie odkryłam w sobie nową siłę i determinację,
treningi stały się po prostu ciekawsze. Biegając samotnie kręciłam non stop te same
trasy, co nie ukrywajmy, po prostu stawało się nudne. Teraz odkrywam trasy, gdzie
pewnie sama w życiu bym nie pobiegła. Dodatkowo, gdy już umówię się z grupą, to
praktycznie mam stuprocentową pewność, że się pojawię na tym treningu.
Zobowiązanie, że będę, dla mnie akurat jest jednym z głównych czynników
mobilizujących mnie do wyjścia z domu. Gdy biegałam sama dużo prościej
przychodziło mi znalezienie wymówki, by nie biegać. I choć w każdy, naprawdę
każdy niedzielny poranek, gdy zadzwoni budzik i mój wewnętrzny leń podpowiada
mi, by zostać w ciepłym łóżku, to jednak zaciskam zęby i wstaję, bo takie podjęłam
zobowiązanie wobec ludzi, z którym się umówiłam. I jeszcze nigdy nie pożałowałam
decyzji.


     … w stadzie 🙂
Podsumowując, chciałabym wyraźnie podkreślić, co zyskałam dzięki bieganiu w
grupie. Ludzi – nietuzinkowych, z rozmaitymi pasjami, ciekawych, których
podziwiam. Po prostu przyjaciół. Jest w tym wszystkim jakiś atawizm, człowiek tak
jak zwierzę, jest osobnikiem stadnym i potrzebuje swojej grupy, w której czuje się
bezpieczny i akceptowany taki, jaki jest. I mogę powiedzieć szczerze, że ja
odnalazłam swoje stado, moją drugą rodzinę, którą wybrałam sobie sama.

Gdy mnie więc zapytasz, czy bieganie w grupie jest dla Ciebie, odpowiem Ci,
że nie wiem. Dowiesz się wtedy, gdy spróbujesz. Wiem tylko, że zmienia życie. Na
dobre.

Małgorzata Grzechnik